Przychodzisz do pracy. Witasz wszystkich, odwieszasz kurtkę, włączasz komputer, idziesz robić kawę. Słuchasz niesamowitych opowieści koleżanek i kolegów jak to wczoraj ze szwagrem wracali do domu o 3 w nocy. Ty opowiadasz swoją historię, nie jest aż tak ciekawa. Rozmowa trwa. Rozmów jest kilka.

Minęło pół godziny.

Wracasz do biurka. Twój komputer zdążył już przejść do stanu czuwania z braku aktywności. Włączasz pocztę. Lawina liter przykuwa Cię na pół godziny. Dociera do Ciebie jak wiele katastrof musisz rozwiązać. Idziesz skonsultować się z kolegą co zrobić. Rozmawiacie 10% o problemie i 90% o tym jak to on ze szwagrem wczoraj (…) Wracasz do biurka głupszy niż wcześniej.

Minęło 1,5 godziny.

Do obiadu już tylko 2,5 godziny, więc uznajesz, że nie bierzesz się za nic większego. Porobisz drobnostki. Rozwiązujesz problemy ludzi pierwszego świata. Jest pora obiadu, odgrzewasz, jesz, wracasz do biurka. Zabierasz się za te odłożone “wielkie rzeczy”, lecz po pół godzinie zachciewa Ci się spać. Tak jak całej firmie. Idziesz zrobić kawę. Oni też. I oni teraz mają wnioski z porannych rozmów, więc znowu mija pół godziny. Wracasz do komputera już z pustym kubkiem. Robisz jedno zadanie.

Za godzinę koniec pracy, więc znowu nie warto brać się za koleją wielką sprawę. Sprawdzasz pocztę. Okazuje się, że kolejne kryzysy przed Tobą, ale żadnego nie zdążysz zrobić. Wracasz do domu w godzinnym korku z poczuciem niespełnienia, że nic jeszcze dzisiaj nie zrobiłeś. Jesz kolację. Przychodzi szwagier…